36088930180 0c3f4cd632 z

Mityczny Junior Developer

Junior developer to pojęcie bardzo nieprecyzyjne. Firmy szkoleniowe wykorzystują je w sposób manipulacyjny do przyciągnięcia klientów.

Czytając blogi, często założone przez totalnie zielonych programistów (lub programistki) odnoszę wrażenie, że zdobycie pozycji junior developera stało się dla wielu osób czymś w rodzaju Świętego Graala. Zostanę junior developerem i wszystko zmieni się na lepsze. Otworzą się nowe możliwości i za parę lat będę seniorem z pensją powyżej 10 tysięcy złotych. Życie nabierze sensu…

Nie tak szybko.

Wokół junior developera powstała całkiem spora otoczka biznesowa. Biznes opiera się na założeniu, że osoby dorosłe, nieco sfrustrowane swoją sytuacją życiową będą skłonne zaryzykować i jednorazowo wyłożyć kilka tysięcy złotych na kurs programowania, w nadziei, że po kursie znajdą pierwszą pracę w IT. Nie ma nic złego w chęci kształcenia się - przecież sam prowadzę szkołę programowania Kodologia. Byłaby to hipokryzja, gdybym zabronił komukolwiek iść na kurs programowania. Jednak nie podoba mi się to, w jakim kierunku to zmierza.

Junior niejedno ma imię

Faktem jest, że junior developer to pojęcie bardzo względne. Gdy zaczynałem studia 15 lat temu, juniorem była osoba po studiach. I nadal tak jest - popatrzyłem sobie na profile studentów i po zrobieniu inżyniera są juniorami. Z drugiej strony, ktoś po kilku tygodniach kursu też chce być juniorem. Czasami (bardzo rzadko, o czym dalej) dostaje pracę i zostaje tym “juniorem”. Jednak faktycznie jest płatnym stażystą/praktykantem.

Jeśli mi nie wierzycie, to spójrzcie jakie przedmioty przez 3 i pół roku ma student informatyki: matematyka dyskretna, algorytmy i struktury danych, analiza matematyczna, logika, algebra liniowa, fizyka, podstawy programowania, programowanie obiektowe, bazy danych, sieci komputerowe, architektura komputerów, obwody elektryczne I INNE. Na mojej uczelni na informatyce są 53 PRZEDMIOTY do zaliczenia w trzy i pół roku! W tym czasie jest do zrobienia kilkanaście projektów. Owszem, trochę inaczej się nad tym pracuje, niż nad prawdziwym projektem biznesowym, ale jest to doświadczenie. Mała korekta nawyków i jesteśmy gotowi do pracy w firmie.

Oznacza to jedną rzecz: po informatyce, jeśli przynajmniej trochę uważałeś i robiłeś co należy, będziesz rozumiał programowanie lepiej niż człowiek po krótkim kursie. Oczywiście nie znaczy to, że wszystkie 53 przedmioty wykorzystasz w pracy. Jeśli twoją ambicją jest cięcie layoutów i robienie HTML/CSS to pod żadnym pozorem nie idź na studia - możesz nauczyć się za dużo!

Kurs to dopiero początek

Nastaw się, że po kursie nadal nic nie będziesz umieć. Może Ci się wydawać, że coś umiesz ale dopóki ktoś tego nie zweryfikuje, musisz mi zaufać - jesteś do niczego. Jest to całkiem normalne i nie ma co się obrażać. Każdy kto zaczyna jest do niczego. Miałem do czynienia z osobą po kursie, która dostała pracę od razu. Ten człowiek bardzo dobrze sobie radził na kursie. Jego sekret? Przez rok wcześniej sam uczył się programować! Gdy już pojawił się w firmie, przez pierwszy rok miał dużo pytań. Męczył innych programistów. Robił postępy ale szło mu dość topornie. Pracuje już kilka lat i z tego co wiem, zarabia bardzo dobrze.

Zmierzch juniora

Nie ma na to twardych danych, ale po początkowej fali absolwentów szkół programowania, rynek dla juniorów wygląda słabo. Na rynku jest tyle osób z niskimi kwalifikacjami, że można w nich przebierać i wybierać najlepszych. Dlatego, mimo niedoboru programistów firmy nie zatrudniają każdego. Bo junior to jest inwestycja i ryzyko. Jak wyżej napisałem, taki junior samodzielność zyskuje po minimum roku, potrzebne są osoby do nadzorowania jego pracy i przyuczania go. To wszystko są koszta. Dlatego, dopóki nie zdarzy się jakaś nadzwyczajna sytuacja, firmy będą wolały zapłacić więcej i od razu dostać prawie gotowego pracownika po studiach, niż osobę po bootcampie z rodziną do utrzymania na karku.